czwartek, 17 sierpnia 2017 13:32

Kiedy wichura szalała nad Gnieznem...

 
Kiedy wichura szalała nad Gnieznem... źródło: Ilustracja Polska, 1928 r., nr 7, fot. Wiktor Nowicki

Przed laty, kiedy nadciągała burza, wiadomo było iż za chwilę nie będzie prądu oraz... wody. Także i przed wiekami nawałnice targały Gnieznem, choć dziś o tych zdarzeniach już nikt nie pamięta.

Przez wiele lat cała sieć elektryczna, docierająca do domów na terenie Gniezna, była poprowadzona nad ziemią (w wielu miejscach nadal tak to funkcjonuje). Ich zerwanie w trakcie wichury powodowało przerwy w dostawie prądu, ale także wody, bowiem pozbawione energii pompy nie mogły funkcjonować. Wszyscy mieszkańcy mieli wówczas kilkanaście minut na napełnienie wiader i misek, aby starczyło jej na następnych kilka godzin. Niemniej, wielu najstarszych mieszkańców twierdzi, że nie przypominają sobie, by kiedykolwiek wichura spowodowała tyle zniszczeń w naszym mieście i okolicy, co nawałnica z 11 sierpnia 2017 roku. Niestety, zapiski prasy lokalnej z okresu PRL są nader skąpe, aby można było temu zaprzeczyć lub potwierdzić. Szerzej za to o takich wydarzeniach pisała prasa przedwojenna, która co prawda była uboga w zdjęcia, ale za to potrafiła barwnie opisać to, czego świadkami było tysiące gnieźnian. Cofnijmy się jednak jeszcze wcześniej...

Prawdopodobnie najstarsze zapiski, opisujące siłę natury powodującej zniszczenia w Gnieźnie, pochodzą z 1455 roku. Jak pod tą datą wspomniał w swojej kronice Jan Długosz: - Roku 1455 po dwa razy uderzył piorun w kościół katedralny. Raz nazajutrz po św. Stanisławie w maju zstrącił na ziemię gałkę pozłacaną ze szczytu kościoła. Drugi raz w piątek po uroczystości Bożego Ciała przy straszliwych grzmotach i błyskawicach uderzył powtórnie w tenże sam szczyt kościelny, spuścił się do zakrystyi i naruszywszy znowu owę szczytową gałkę, którą tam przechowywano, wyorał dół naokształt mitry w ziemi pokrytej zewnątrz cementem po całej zakrystyi, a na koniec wrócił się gwałtownie do wieży kościelnej i zabił człowieka, który się tam znajdował, popaliwszy na nim suknie i włosy na głowie i ciele. Wywołany gromem pożar został ugaszony, ale wieża świątyni była zdruzgotana. Odbudowano ją latami, aż do 1512 roku. Po pożarze zdecydowano też o budowie drugiej wieży, po południowej stronie, którą ukończono dopiero w 1595 roku. 

 
Widok na Gniezno od południowej strony. Rysunek Johanna Rudolfa Storna z 1661 r.

O kolejnej nawałnicy dowiadujemy się z zapisków późniejszych. 6 stycznia 1699 roku okolice Gniezna padły ofiarą orkanu, który nie oszczędził także miasta, gdzie uszkodzone zostały wieże katedry, a także zniszczony został dach nad nawami. Kolejny raz wichura uszkodziła świątynię 26 lutego 1717 roku, kiedy to poza podobnymi szkodami z końca XVII wieku, trzeba było naprawiać szczyt wieży, a także trzy uszkodzone kaplice. Pół wieku później, proboszcz kościoła pw. św. Trójcy odnotował inne zdarzenie: - Roku 1760 dnia 8 października powstał wicher gwałtowny, który w tutejszem mieście Gnieźnie niemałe w budynkach zrządził spustoszenie, lecz daleko więcej w miasteczkach i wioskach naokoło leżących, albowiem stajnie po gospodach wywrócone, konie zabijały; owczarnie obalone wiele set owiec zadusiły, obory podobnym sposobem wiele bydła zniszczyły. Przez wieki skutki nawałnic, jakie bez wątpienia nawiedzały Gniezno, na pewno przyćmione zostały przez wielkie pożary, które nawiedziły Gród Lecha m.in. w 1512 r., 1613 r. czy ostatni - w 1819 r. Niemniej, wichury nawiedzały także i inne części kraju, a w kronikach odnotowano chociażby wichurę, która kompletnie zdewastowała Poznań w czerwcu 1725 roku.

A jak było w czasach bliższych naszym dziadkom? 24 maja 1925 roku okolicę nawiedziła burza, która na szczęście oszczędziła samo miasto, ale poczyniła sporo szkód na wsiach: - Od samego już południa kłębiły się nad miastem gęste chmury, raz po raz spadł na ziemię krótki deszcz. Popołudniu chmury ściemniały do tego stopnia, że przez pewien czas zapanowały w mieście ciemności, rozświecone coraz to potężniejszymi błyskawicami. Burza zapowiadała się ogromna. Jako też około godz. 7 wieczorem rozpętała się na dobre. Błyskawica za błyskawicą rozświecały puste ulice, a potężny, powtarzający się coraz to krótszych odstępach grzmot zwiastował raz po raz uderzenie piorunu. Nagle wśród odgłosu gromów i oślepiającej jasności błyskawic rozległ się przeraźliwy ryk syreny. Każdy sądził, że grom spowodował pożar, a tym czasem był to sygnał o ratunek dla zalanych mieszkań parterowych i suteryn. Straż pożarna do późnej nocy była czynna, pomagając przy ul. Szpitalnej, Poznańskiej i Zielonym Rynku przy wypompowywaniu wody z mieszkań - donosił dziennik "Lech" dodając iż spadający grad spowodował sporo strat w zasiewach. 

Do pamięci ówczesnych gnieźnian przeszła jednak nawałnica, która dotarła nad nasz region wraz orkanem, który spustoszył całą Polskę 8 lutego 1934 roku, choć także i tu straty w samym mieście były spore: - Najwięcej ucierpiał pewien dom przy ul. Rybnej, gdzie wicher strącił szczyt dachu oraz dawna Kawiarnia Wiedeńska, w której pod naporem huraganowego wichru uległo całkowitemu rozbiciu wielkie okno wystawowe od strony ul. Mickiewicza. Przed niszczycielską siłą wichru nie ostały się także nasze drzewa, z których niektóre legły na ziemię jak kłosy podcięte kosą, oraz część płotu, ograniczającego boisko przy wieży wodociągowej - relacjonował "Lech", który wspomniał iż najwięcej strat jest na wsiach, gdzie domy, nieosłonięte od rozpędzonego wiatru, ulegały uszkodzeniom lub zniszczeniom. Dwa dni po przejściu nawałnicy uzupełniono notatkę: - Prawdziwe spustoszenie poczynił orkan na ul. Witkowskiej i na Kawiarach, gdzie zerwał dach z pewnej stodoły, roznosząc go w strzępy. Na ulicy Witkowskiej natomiast, na posesji p. Bogajewskiego wichura zerwała około 350 metrów kwadratowych dachu i rozniosła go w promieniu 70 metrów. Gdy się patrzy na olbrzymie belki, powyrywane z grubych murów, wówczas dopiero ma się wyobrażenie o sile rozszalałych żywiołów - informował "Lech" dodając iż uszkodzeniu uległ kościół św. Jana, który stracił część dachu.

 
Zniszczony przez wichurę dach firmy Bogajewskiego przy ul. Witkowskiej.

Kolejne burze i wichury nie szczędziły naszych okolicy także i w późniejszych latach. W 1936 roku w maju nawałnica i towarzysząca jej burza spowodowały pożar gospodarstwa w Ganinie, które ugasiły straże pożarne z Jankowa Dolnego i okolicy. W tym samym miesiącu piorun trafił też w chlew należący do folwarku w Łabiszynku. Na miejsce pożaru przybyła straż pożarna z Gniezna, która zdołała uratować budynek. Takich zdarzeń, kiedy to gromy powodowały pożary nie tylko domów, ale i całych wsi, przed laty nie brakowało. Dziś tym zdarzeniom zapobiegają instalacje odgromowe, ale także trwalsze konstrukcje budynków. Jak jednak pokazały wydarzenia z 11 sierpnia 2017 roku, na kaprysy natury trzeba być gotowym przez cały czas.


Jeśli posiadacie Państwo jakiekolwiek archiwalia, dotyczące powyższego tematu, albo ciekawe historie, stare zdjęcia lub inne materiały, którymi chcieliby się podzielić z nami i mieszkańcami Gniezna, prosimy o kontakt: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

 

6 komentarzy

  • Link do komentarza roman czwartek, 04 stycznia 2018 14:24 napisane przez roman

    a wichura i pozrywane dachy i elektrycznosc w 73 albo 74 roku!!!

  • Link do komentarza Schredder środa, 23 sierpnia 2017 13:19 napisane przez Schredder

    W niechanowie kwietnia tak jest do dzisiaj.
    Jak w Poznaniu wieje to w moim zapyziałej wsi już nie ma prądu...

  • Link do komentarza monia piątek, 18 sierpnia 2017 13:18 napisane przez monia

    uwielbiam te artykuły:)

  • Link do komentarza Znafca piątek, 18 sierpnia 2017 07:18 napisane przez Znafca

    Linie energetyczne wyłączają ich własne zabezpieczenia, które są po to by jeszcze bardziej się nie niszczyły z powodu uszkodzeń i po to by nie robić krzywdy ludziom wokół nich przebywającym. Żaden człowiek/pracownik niczego nie wyłącza. Zapamiętajcie to raz na zawsze...

  • Link do komentarza Gosia czwartek, 17 sierpnia 2017 17:01 napisane przez Gosia

    Za komuny trzeba było słuchać zapowiedzi o stopniach zasilania - i kiedy zapowiadano 10 stopień to na bank na Dalkach przed torami nie było prądu a ciśnienie wody latem było tak niskie , że o kąpieli / prysznicu można było tylko pomarzyć ♡

  • Link do komentarza mjj czwartek, 17 sierpnia 2017 15:42 napisane przez mjj

    Przed wielu, wielu laty bardzo często wyłączano prąd. Jak wspomina autor, wówczas wszystkie instalacje doprowadzające energię elektryczną do domostw szły nad ziemią i w związku z tym częściej dochodziło do awarii. Pamiętam, ze gdy tylko z jakiegokolwiek powodu ( burza, śnieżyca) wyłączony został prąd, to natychmiast trzeba było zrobić zapasy wody, bowiem na bank po 10-15 minutach nie było wody w kranie. Zasilanie prądem miejskich wodociągów także więc nie działało.

Skomentuj

W związku z dbałością o poziom komentarzy, prowadzona jest ich moderacja. Wpisy wulgarne, obsceniczne czy obrażające innych komentatorów i naruszające podstawowe zasady netykiety (np. pisane CAPS LOCKIEM), nie będą publikowane. Zapraszamy do kulturalnej dyskusji. Ponadto prosimy nie umieszczać wklejonych obszernych tekstów, pochodzących z innych stron, do których to treści komentujący nie posiadają praw autorskich. Ponadto nie są dopuszczane komentarze zawierające linki do serwisów, prowadzonych przez wydawców innych lokalnych portali.

Ostatnio dodane